Wspomnienia z obozów: Kazimierz Świercz

Drodzy Czytelnicy;

poniższymi wspomnieniami chce rozpocząć po długiej nieobecności swoją aktywność. Zamieszczona relacja wpisuje się nie tylko w tematykę bloga, wszakże wielu z polskich uchodźców w RFN miało za sobą przeżycia obozowe, ale przede wszystkim przywraca pamięć o niemieckich obozach koncentracyjnych z okresu II wojny światowej. Przez całe powojenne lata środowiska byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych walczyły o pamięć i godne traktowanie. Wielu nie dożyło chwili w której mogło swobodnie świadczyć o swoich przeżyciach. Bardzo często tą misję przejmowali w okresie powojennym ich koledzy i koleżanki, którzy świadczyli o niemieckiej polityce eksterminacyjnej.

W okresie powojennym to trudne dziedzictwo częściowo spłynęło na środowiska byłych więźniów obozów koncentracyjnych na całym świecie w tym również na terenie RFN. Pokłosiem wspólnej pracy w tym: Kazimierza Odrobnego, dr. Antoniego Gładysza i dr. Mieczysława Chmielewskiego było zebranie ponad 100 wspomnień byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, które przepełnione goryczą i emocjonalnym stosunkiem do powojennej rzeczywistości miały być świadectwem losów Polaków w obozach koncentracyjnych a także przypominać opinii międzynarodowej o losach tych, którzy przeżyli „obozowe piekło”.

Fot. 1: Okładka publikacji pt. Biografie byłych więźniów politycznych niemieckich obozów koncentracyjnych, Philadelphia 1974 (źródło: zbiory własne)

Wybór wspomnienia nie był przypadkowy a o jego wyborze zadecydowało kilka kryteriów w tym takie w którym wspominający zdecydował się pozostać po zakończeniu wojny na terenie stref okupacyjnych a później w RFN (tym samym był dipisem a później polskim uchodźcą). Wybrałem więc wspomnienia Kazimierza Świercza (nr obozowy 143.952), który przebywał w kilku obozach koncentracyjnych i zamieszkał po zakończeniu wojny na terenie Zachodnich Niemiec. Trudno mi jednak zrekonstruować jego dalsze losy. W tym względzie potrzebna jest szersza kwerenda archiwalna.

„Niezapomniane koleje życia”*

(…) Aresztowany zostałem dnia 14 kwietnia 1940 r. wraz z moją siostrą Reginą ur. 13 listopada 1910 r., która na skutek tortur, jakie przechodziła od Niemców zmarła 30 grudnia 1946 r.

Do dnia 17-go lutego 1944 r. bity i głodzony, byłem przepędzany po różnych pracach i różnych miejscowościach. 19-go lutego 1944 roku osadzono mnie w więzieniu w Ribnitz, pow. Rostock. Przez 4 dni byłem przesłuchiwany, po czym odtransportowano mnie do więzienia w Guestrow. Tu poza porcjami bicia ciągle i za nic, otrzymałem co drugi dzień jedzenie, ale nie był to przydział stały, co kilka dni był tylko kubek kawy z kasztanów oraz 4-5 kartofelków w mundurkach, prawie zawsze niedogotowane.

Przesłuchiwaniom na gestapo nie było końca. Wmawiano we mnie szpiegostwo, słuchanie i rozpowszechnianie wiadomości, co podawało radio z Londynu itp. Na wszystko byłem głuchy a odpowiedź moja była dawno przygotowana, nawet gdy przyjdzie oddać głowę pod topór czy zawisnąć na szubienicy, było mi wszystko jedno. Czy coś powiem czy będę milczał, gdy mnie już raz ma pod swoją opieką gestapo, nic mnie nie ratuje. Zdałem się na wolę Boga i tylko się modliłem, bym z godnością i honorem, a nie jak mazgaj, jak przystoi na prawego Polaka, oddał życie za Sprawę tj. przywrócenie narodowi wolności i wyrugowanie z granic kraju okupanta, który od dnia zdradzieckiego napadu w dniu 01-go września 1939 r. depcze, plądruje, bije i morduje wszystkich Polaków nie szczędząc starców, chorych, kobiet i dzieci. Ta myśl dodawała mi sił i hartu do zniesienia wszystkich tortur. Z góry byłem przygotowany, bowiem wiedziałem, jak i każdy Polak i Polka, że Niemcy napadając na Polskę planowali zniszczyć cały Naród Polski i wszystkich Żydów. I wkraczając w granicę Polski przystąpili do systematycznego, już na długo przed napadem opracowanego planu; Niemcy mieli specjalne dobranych i wyszkolonych od urodzenia sadystów mieli nadzieje dopięcia celu. Już na długo przez rozpętaniem 2-ej wojny światowej Niemcy szkolili na różnych kursach dorosłych i młodzież w deprawacji: zabijać, grabić, rabować.

8 tygodni poddawano mnie najwymyślniejszym torturom, grożąc rozstrzelaniem, wsadzano moją głowę do wanny i bito po piętach i stopach bykowcami. Krew uchodziła mi ustami i nosem. Mimo tych męczarni ciągle się trzymałem, na nogach pędzono mnie na 12 godzin do pracy oddalonej o 8 km, miałem tylko drewniaki na nogach, a więc tam i z powrotem musiałem przemaszerować  16 km dziennie. Odpoczynek, bo nie można tego nazwać snem, na gołych deskach. Za podsunięcie pod plecy przykrycia (koca) karano śmiercią.

Z Ribnitz przetransportowano mnie do Magdeburga. A w maju 1944 roku z więzienia w Magdeburgu zabrano mnie i osadzono w obozie koncentracyjnym Oranienburg-Sachsenhausen. Tu przydzielony zostałem do komanda Wald, pod nadzór SS-mana który niedawno stracił oko na froncie Wschodnim i nie był zdolny do dalszej służby liniowej w armii. Gdy nie było pracy dla komanda – rozładowywaliśmy lub załadowywaliśmy transporty różnych materiałów – gdy tych nie było – przenosiliśmy z jednego miejsca na drugie rożne ciężary, żelazo, itp.

Fot. 2: Więźniowie niemieckiego obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen układają zwłoki współwięźniów, 17 kwietnia 1945 r. (autor: H. L. Clyn Hughes, źródło: commons.wikimedia.org)

Jednego razu układaliśmy na stosy butle z tlenem i gazem, raptem stos się rozwalił i jedna butla z tlenem pękła. Dozorca po prostu się wściekł i zaczął nas ćwiczyć sportem: padnij – powstań o tak ponad pół godziny – w tym powietrzu przesycony tlenem. Ja nałykałem się podczas wyżej wspomnianego sportu, tak dużych ilości tlenu, że przez 4-ry tygodnie nie mogłem utrzymać się na nogach. Współwięźniowie-koledzy, podtrzymywali mnie i prowadzili na i z apelu do bloku. Za jakieś nieznane mi do dziś przewinienie i to w niedzielę wymierzono mi ponad 6-ść godzin sportu karnego. Po tym sporcie już nic nie czułem. 2-go lutego 1945 r. odstawiono mnie do obozu śmierci Bergen-Belsen, powiat Celle. Transportowano nas w wagonach towarowych, trzeba było siedzieć, a miejsca na podłodze wagonu dla tylu , ilu nas załadowano, nawet na stojąco, nie było – sprasowanych dostawiono nas do Bergen, bowiem szyny kolejowe są tylko do miasteczka Bergen. Stąd, tj. ze stacji kolejowej Bergen, 6 km pędzą nas do baraków Bergen-Belsen. Po przybyciu ulokowano nas na bloku 1-szym. W bloku były kałuże wody, mokro, kładziemy się jeden obok drugiego i jeden na drugim – ciżba brak miejsca. Latryna na placu, nie daleko drucianego, na elektryzowanego ogrodzenia. Za zbliżenie się do drutów, wartownik z wieżyczki strzela i kładzie więźnia trupem, za wysunięcie się poza teren dozwolony dla więźniów. Krematorium jest w Bergen-Belsen małe, prawie prowizoryczne, może tylko jednego trupa na raz przyjąć do otworu pieca, a ludzi-więźniów umiera co noc i co dzień więcej i więcej. Więźniowie, pod eskortą SS-manów, ściągają z pobliskiego lasu drzewa, układają w stos, a inne grupy więźniów przyciągają współwięźniów – trupów i rzucają ich na palący się stos.

W końcu miesiąca lutego 1945 r. zostałem przetransportowany z obozu koncentracyjnego z Begen-Belsen do obozu koncentracyjnego w Dachau. 8 dni bez pożywienia i bez jednego choćby łyku wody; widziałem wodę, jak transport stał poza dworcem kolejowym nad rzeką Main, ale nie wolno było nikomu się oddalić, a widok wody, jeszcze bardziej przyprawiał nas o cierpienia, w tej nieludzkiej podróży śmierci. W nocy z dnia 5 na 6 marca 1945 r. transport dobrnął do Dachau. Z pośród dwu (2000) tysięcy załadowanych do transportu, ocalało nas 28-miu i ja między ocalałymi. Reszta, a właściwie całość, zmarła z głodu i zimna lub zostali w drodze zabici przez eskortę SS-manów.

Zaraz na drugi dzień, po znalezieniu się w obozie koncentracyjnym w Dachau, a więc 7-go marca 1945 r. zostałem poddany doświadczeniom medycznym, jako królik. – Zoperowano mi lewą nogę (dolną łydkę). Ważyłem wówczas około 27 i pół kg. Waga dobrego dziecka. Mam powybijane wszystkie zęby. Na głowie pełno dziur, wybitych kolbą karabinu. Po operacji na nodze, nie miałem siły unieść głowy z poduszki.

Fot.3: Po wyzwoleniu niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau żołnierze USArmy rozstrzeliwują SS-manów, 29.04.1945 r. (autor: Arland B. Musser, źródło: commons.wikimedia.org)

Dnia 29 kwietnia 1945 r. obóz koncentracyjny w Dachau został zajęty przez wojska amerykańskie a my więźniowie tam się znajdujący odzyskaliśmy wolność. Mnie zaraz po wkroczeniu, Amerykanie zabrali do szpitala, gdzie przez długi okres czasu leczono mnie. Otrzymałem co dwie godziny zastrzyk penicyliny. Mimo wszystko męczyłem się strasznie tak, że prosiłem lekarza, który był w stopniu kapitana armii amerykańskiej, żeby mi dał jakiś mocniejszy zastrzyk, by mnie wykończył. Ból miałem tak okropny, iż zdawało mi się, że postradam zmysły. Bóg i lekarstwa oraz pomoc ludzka sprawiły, że opuściłem łóżko szpitalne i choć nigdy nie odzyskam zdrowia tego, w jakim mnie Niemcy pozbawili wolności, bo jestem trwałym inwalidą, to jakoś żyję i dziękuję Bogu za ocalenie i danie mi możności opisania cierpień w niemieckich obozach koncentracyjnych (…).

Po opuszczeniu szpitala zacząłem pracować przy Amerykanach, w jednostkach polskich oddziałów. Od 25 listopada 1955 r. jestem bez pracy zarobkowej i ciągle walczę z władzami niemieckimi o należną mi rentę inwalidzką. Przyznana jest za mała na moje najskromniejsze utrzymanie. Przy tym raz dostanę, to znów mi ją zmniejszą – jednym słowem nie mam spokoju. Badany jestem ciągle przez różne komisje lekarskie i jedne przyznają mi 70 procent utraty zdrowia, inne nie chcą się na to zgodzić a ja widzę, każdy Niemiec i Niemka otrzymuje bez żadnych trudności duże sumy, ja jako Polak, a zatem cudzoziemiec jestem popychany i krzywdzony, nie tylko materialnie ale moralnie, bo cierpię z powodu nieludzkiego traktowania ludzi. Niemcy chcąc się pokazać „dobrymi” Niemcami, często zwykli mówić: „My nie byliśmy hitlerowcami” a czyny i postępowanie tych „dobrych” Niemców – przeczą ich dobroci, na każdym kroku. Nie chodzi mi w tym wypadku, by mnie traktowano lepiej, ale mam prawo domagać się równego traktowania, za te same krzywdy  pozbawienia wolności, niewolniczą pracę, tortury i kalectwo, jak współwięźniowie pochodzenia niemieckiego. Renta moja jest stanowczo za mała i ja skarżę się, choć zastrzeżono, że nie mam więcej wnosić sprawy o rewizję przyznanej mi renty inwalidzkiej.

* Wspomnienia Kazimierza Świercza w całości pochodzą z publikacji pt. „Biografie byłych więźniów politycznych niemieckich obozów koncentracyjnych, komitet wykonawczy Antoni Gładysz i Andrzej Szymerski, Philadephia 1974, s. 246-247.

Do opracowania powyższego wpisu wykorzystałem:

  • Biografie byłych więźniów politycznych niemieckich obozów koncentracyjnych, komitet wykonawczy Antoni Gładysz i Andrzej Szymerski, Philadephia 1974
  • commons.wikimedia.org (materiały ikonograficzne)

© łukasz wolak

Wspomnienia z obozów: Kazimierz Świercz
Tagged on:                                     

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: