Ostatni list…

W ostatnim czasie poświęcam uwagę historii płk. Bolesława Zawalicz-Mowińskiego, pisałem o nim na blogu, który w niejasnych okolicznościach emigrował w 1953 r. do Kanady. Przez ostatnie lata zastanawiałem się dlaczego podjął taką decyzję? Te przemyślenia powróciły do mnie w ostatnim czasie gdy przygotowywałem referat na konferencję poświęconą żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych (PSZ).

koperta-z-listu-zawalicz-mowinskiego
Fot. 1: Koperta z listu B. Zawalicz-Mowińskiego – 1954 r. (źródło: zbiory własne)

Do tej pory, po licznych kwerendach, nie odnalazłem informacji które bezpośrednio wskazywałyby na powody jego wyjazdu z Zachodnich Niemiec. Zachował się tylko jeden, skreślony na kalkowym papierze, odręczny list z 1954 r., adresowany do Rady ZPU i Kazimierza Odrobnego (K. Odrobnemu poświęciłem kilka wpisów na blogu zobacz: pierwszy i drugi). Czytając jego treść można zauważyć, że porusza w nich kilka ciekawych wątków. Pierwszy poświęcony jego osobistym odczuciom związanym z próbami rozbicia organizacji i sporami politycznymi pomiędzy członkami organizacji oraz zaległym rozliczeniom. W drugim zwróca uwagę na własną działalności na terenie Niemiec. W podsumowaniu raz jeszcze powraca do różnych spraw podkreślając emocjonalny związek z powstaniem i działalnością organizacji.

Czytając karta po kartce nie wyczuwa się w nim negatywnych emocji. Dominuje raczej nostalgia połączona z troską o ZPU. Wielokrotnie podkreślał w nim swój udział zjednoczenie środowiska polskich uchodźców, które przekształciło się w nową organizację. Co w tym przypadku istotne, do tego doszedłem analizując jego powojenne losy, podkreślał własną neutralność polityczną, ponieważ będąc prezesem kierował się jedynie dobrem organizacji i polskich uchodźców. Wolał aby kojarzono go z powojenną działalność na płaszczyźnie społeczno-kombatanckiej. Ale czy do końca tak było? Wszak mam w pamięci jego przedwojenne zaangażowanie w Organizację Zjednoczenia Narodowego (OZN). Być może przeżycia wojenne zmieniły jego podejście do spraw politycznych. Analizując dalej treść listu dostrzeżemy w nim drobne informacje, które wskazują na poważne komplikacje zdrowotne – przeszedł kilka zabiegów operacyjnych, miał problemy ze zdrowiem i nerwami, które wywołała nieustanna praca społeczna w conajmiej czterech organizacjach (sztab Polskiego Okręgu Wojskowego, Polski Centralny Komitet Doradczy (PCKD), SPK, Komisja Organizacyjna). Nadal jednak nie tłumaczy dlaczego zdecydował się emigrować. Z treści listu wynika również, że najpierw udał się do Anglii w celach służbowych sprawach SPK a stamtąd udał się do Kanady. Musiał więc z chwilą wyjazdu do Anglii być przygotowany do dalszej i dłuższej podróży a przynajmniej miał świadomość, że otrzymał pozytywną zgodę władz administracyjnych na wyjazd. Nie chce mi się wierzyć, że cała tzw. procedura emigracyjna odbyła się ad hoc. Dodatkowo czytając ten fragment listu zdziwiłem się, że przypadkiem gdy był w Anglii udało mu się wyjechać do Kanady. A może to nie był przypadek…?

Ostatni list
Fot. 2: Pierwsza strona ostatniego listu B. Zawalicz-Mowińskiego (źródło: zbiory własne)

Wyjaśnienie tej sprawy może przynieść inny list odnaleziony przeze mnie w materiałach Konsulatu Generalnego RP w Dublinie, którego zbiory zdeponowane są w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. W. Sikorskiego. List odnalazłem przy kwestionariuszu paszportowym Mowińskiego, który w 1947 r. starał się o wydanie polskiego paszportu. Nie było by w tym nic dziwnego, o taki dokument w tamtym czasie starało się tysiące Polaków, gdyby był to jedynie kwestionariusz. Okazało się bowiem, że do wniosku był załączony list z 1949 r. w którym B. Łaszewski, prezes SPK w Londynie, zwracał się z prośbą do Konsulatu o przedłużenie ważności paszportu Mowińskiemu, ponieważ ten starał się o emigrację do Stanów Zjednoczonych. W uzasadnieniu Łaszewski pisał, że w tamtym czasie Mowiński był już poddawany tzw. screeningowi (forma prześwietlenia kandydata na emigrację przez służby administracyjne i wojskowe). Wygląda więc na to, że wyjazd przygotowywał kilka lat wcześniej. Być może impulsem do tego były zachodzące zmiany w jego życiu rodzinnym…? A może w wyniku starań o wyjazd do Stanów nie przeszedł pomyślnie selekcji i po odrzuceniu wniosku musiał zmuszony był próbować kolejny raz? Może wówczas jego wybór padł na Kanadę? Trudno jest na te pytanie dzisiaj odpowiedzieć.

Niemniej nie obnosił się z żadnymi informacjami na ten temat. Dzisiaj wiem, że w latach 1949-1953 r. jego życie społeczno-kombatanckie obfitowało w wiele różnych sukcesów. Pełnił funkcję prezesa Oddziału SPK, dwukrotnie w tym czasie wybierany był na wiceprzewodniczącego Rady Głównej SPK w Londynie, przewodniczył Komisji Organizacyjnej ZPU a po utworzeniu nowej organizacji był jej prezesem. Miał dostęp do salonów polskiej emigracji w Londynie i Niemczech Zachodnich a mimo tego zdecydował się emigrować zrywając częściowo kontakty z kolegami. W późniejszej okresie w korespondencji ZPU nie zachowały się żadne jego listy. Co zatem mogło się stać?

Wątpliwości jeszcze bardziej się piętrzą, gdy weźmiemy pod uwagę treść jednego z meldunków (z 1954 r.) mec. Wincentego Broniwój-Orlińskiego, który podjął współpracę z komunistycznym kontrwywiadem (o Wincentym Orlińskim pisałem na blogu). Opisał on w obszernym meldunku wydarzenia ze swojej działalności wywiadowczej na terenie Niemiec Zachodnich wskazując w niej udział samego Zawalicz-Mowińskiego. Na kilku stronach relacjonował „(…) Odnośnie lini polskiej, to od czasu wyemigrowania mego wodza pułk. Swobody-Lubczyńskiego do Ameryki miejsce jego zajął p. pułk. Zawalicz-Mowiński.* Otrzymałem najprościej pisemne polecenie od wzmiankowanego Lubczyńskiego iż w dalszym ciągu odnośnie strony polskiej podlegam od tej chwili delegatowi Sztabu na Niemcy p. pułk. Zawalicz-Mowińskiemu. Jego, to jest Lubczyńskiego mam w dalszym ciagu informować bieżąco, prywatnie z przyjaźni. Istotnie po pewnym czasie zgłosił się do mnie wyżej wzmiankowany p. pułk. Zawalicz-Mowiński, który przedstawił mi analogiczne odgórnie sztabowe uporządkowanie – czyli moją bezpośrednia podległość służbowa polska jemu. Od tej więc pory w sprawach służbowych polskich zwracałem się do wyżej wymienionego p. pułk. Zawalicza. Jemu też składałem sprawozdania z przebiegu mojej pracy u Amerykanów„.

Fot. 3: Płk. Wincenty Broniwój-Orliński (źródło: IPMS)
Fot. 3: Płk. Wincenty Broniwój-Orliński, 1913-2006, (źródło: IPMS)

„(…)Następnego dnia wyjechałem do Hamburga, a Szymczak pozostał na miejscu. Raporty składaliśmy każdy oddzielnie. Szymczak w Ulmie a ja w Oberelchingen k. Ulm – /browar klasztorny/ wywiadowi amerykańskiemu nie wydałem całości posiadanego materiału – a podany przedstawiłem żle. Natomiast całość materiału wydałem polskiemu sztabowi za pośrednictwem p. pułk. Zawalicza.

„(…)Między innymi ustalił, że Niemcy prowadzą dokładne biuro studiów polskich, podporządkowane wyłącznie niemieckim celom politycznym, że prowadzą własną sankcję na Śląsk. Zaskoczony tymi rewelacjami, z miejsca udałem się do delegata sztabu polskiego na Niemcy, znanego juz nam p. Zawalicza, któremu przedstawiłem stan rzeczy, prosząc jego kategorycznie aby spowodował niezwłoczne zwolnienie mnie z przyjętych zobowiązań wobec wywiadu amerykańskiego, wysługującego się na terenie Niemiec – zawodowym wywiadem niemieckim. Istotnie na mój raport w miesiąc później, grudzień 1951 r. zjawił się w moim mieszkaniu p. Zawalicz w towarzystwie pułkownika sztabu w osobie p. Romana.

I ostatni – „(…) Wreszcie papiery na kraj zorganizował mi p. Pułk. Roman, który w tej sprawie przyjechał do pułk. Zawalicza. Wykombinowali zdaje mi się wspólnie. Wówczas też na konferencji polskiej – przedakcyjnej, w której wzięli udział p. pułk. Zawalicz jako miejscowy delegat sztabu polskiego, p. pułk. Roman oraz ja w swojej skromnej osobie. Zapadła decyzja, moje kontakty wywiadowcze mają pójść spać (…). Mieli dopiero ewentualnie, zależnie od ich dalszej zgody, zacząć pracować po upływie jakiegoś roku. W tym też celu otrzymałem od p. pułk. Zawalicza parę adresów, na które mieli ewentualnie pisać. (…) Nato uregulowanie mojej sprawy tutaj na miejscu dodatkowo opóźnia nieobecność p. pułk. Zawalicza, który przebywa od dłuższego czasu w Kanadzie. …. Dodatkowo podaje ostatnią aktualna skrzynkę na Francuzów: Peter Gruber, Rastatt, Postfach 133″.

Po ich lekturze nabieram kolejnych wątpliwości a pytań zamiast ubywać przybywa. Nie chce jednak w oparciu o powyższe fragmenty czegoś przesądzać ale są one niewątpliwie świadectwem wywiadowczej aktywności. Wszakże historyk woli mieć twarde dowody w ręce niż przesłanki ale w tym przypadku tylko takimi informacjami dysponujemy. Krystalizuje się przy tej okazji dość mglisty obraz jego powojennej działalności, który w żadnym wypadku nie deprecjonuje go jako oficera i działacza. Mam jednak w głowie po lekturze powyższych fragmentów dwa obrazy z nim związane. Pierwszy dotyczy szczerego i oddanego działacza społeczno-kombatanckiego oraz byłego oficera Wojska Polskiego i byłego żołnierza Armii Krajowej a w drugim jawi się jako oddany sprawie żołnierz, który w pewnym momencie swojej działalności przekroczył „mityczny Rubikon”. Czy któryś z nich mógł przyczynić się do jego emigracji? Na tym etapie każda odpowiedź będzie dobra. Niestety w tym przypadku mamy jeszcze inną stronę medalu. Jeżeli założymy, że niejawna działalność miała miejsce np. dla Amerykanów lub Francuzów, to jak wyłuskać materiały z tamtego okresu? Dzisiaj wiemy, że tego typu problemy towarzyszą choćby archiwaliom „Organizacji Gehlena” nie mówiąc już o zbiorach BND (niemiecki wywiad).

W sprawie płk. Bolesława Zawalicz-Mowińskiego poszukiwania nadal trwają. Z pewnością z czasem pojawią się koleje dokumenty, które rzucą na sprawę nowe światło. Na koniec oddaje Państwu do lektury ostatni list Mowińskiego skreślony do członków Rady ZPU i zarządu głównego. Wypada aby przy tej okazji i Państwo mieli własne zdanie.

płk. Bolesław Zawalicz-Mowiński ps. Gończ
Fot. 4: Płk. Bolesław Zawalicz-Mowiński (1903-1993), ps. „Zawalicz”, „Gończ”, „Dyrektor”, „Witold”, „Stef”.

*****

Werford, 8 listoapada 1954

Drodzy Koledzy

W odpowiedzi na pismo Kolegów z dnia 22/10 b. r., które doręczono mi kilka dni temu i w uzupełnieniu mego listu z przed wielu dni zawiadamiam uprzejmie, że trudno mi jest zdala odpowiedzieć a poruszone sprawy.

Bardzo niedobrze się stało, że zaistniały zatargi tak wybitnie szkodzące ZPU, która to organizacja, powiedzmy to szczerze i obiektywnie, jest najbardziej potrzebna uchodźstwu polskiemu w Niemczech. Nie wolno mi w tej chwili wchodzić w sprawy, które są przedmiotem dochodzeń Sądu Stowarzyszenia, ale wolno mi wezwać wszystkich kolegów jak najbardziej serdecznie do natychmiastowego zaniechania sporów, zapomnienia wzajemnych krzywd i do ponownego zjednoczonego działania na rzecz uchodźców polskich.

A teraz kilka szczegółów. Postanowiłem po pierwszej kadencji nie kandydować na stanowiska prezesa zarządu głównego ZPU i z tej przyczyny nie wyraziłem swej zgody na piśmie. W czasie posiedzenia wskazałem na innych kandydatów na prezesa lub wiceprezesów i dopiero pod naporem Kolegów wyraziłem zgodę pod warunkiem, że pełnił będę tę funkcję wobec nadszarpniętego stanu zdrowia tak długo jak mi na to stan zdrowia pozwoli. Innej kandydatury na prezesa nie zgłoszono. Wiedzą Koledzy, że byłem niejednokrotnie w szpitalu, że byłem operowany, a później na delegacji. W czasie mej nieobecności zastępował mnie Kol. Odrobny i Jemu też poleciłem zastępstwo przed wyjazdem do Anglii i Kanady, dokąd wyjechałem w wyjątkowo różnych sprawach SPK.

Nie mając materiałów pod ręką, nie mogę niestety napisać sprawozdania. Wiem, że w ostatniej kadencji nie z mej winy działalność moja była nieduża. Robiłem to co mogłem i nawet w czasie mej delegacji jeździłem dwukrotnie do Zarządu Okręgu III ZPU dla załatwienia powstałego tam sporu. Tu w Kanadzie, gdy warunki mi na to pozwalają, wygłosiłem przemówienie wzgl. referaty nt. położenia uchodźców polskich w Niemczech w M [nazwa nie czytelna] (2 razy), Ottawie (3 razy), Toronto (raz) Fort Arhur (2 razy), Fort William (raz). Skontaktowałem się rzecz jasna z Zarządem Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej i z zarządem pozostałych kół tej organizacji (niektórych) i to w czasie ich akcji na rzecz dzieci i inwalidów w Niemczech.

W załączeniu przesyłam rozliczenie kosztów podróży (dwukrotnie) do Ludwigsburga i trzech Tutlingen. Należność na rzecz moją odbiorę po powrocie. Jeździłem także zgodnie z obietnicą daną przez Zarząd Główny na zjeździe III Okręgu do obozu Tutlingen i robiłem tam zebrania Ogniska i interweniowałem w sprawie [nieczytelne słowo] polaków w Dyrekcji Obozu.

Na temat mej działalności za czas mej kadencji w Höxter i Velbert do czasu mej operacji chyba Kol. Szwabowicz powie kilka słów w ogólniejszym sprawozdaniu. Książka kasowa i saldo kasowe zdałem Kol. Szwabowiczowi, zresztą zgodnie z uchwałą Zarządu Głównego. Kolegom z Zarządu Głównego serdecznie dziękuję za ich współpracę w czasie mego urzędowania. Nigdy nie spotkałem w Nich zniechęcenia lub zmęczenia, natomiast zawsze gotowość do pełnej poświęcenia pracy. Koledzy przebywający poza siedzibą Zarządu Głównego nie zawsze może potrafią wysiłek ten należycie ocenić.

Nie mogłem powiedzieć, że aż tak długo pozostanę w Kanadzie, ale to nie moja wina. Dziękuję Kolegom za zaofiarowanie mi funkcji w władzach ZPU. Niestety kierownictwa sprawami ZPU podjąć się nie mogę. Weźcie pod uwagę, drodzy Koledzy, że w Niemczech pracowałem społecznie od roku 1945 w SPK, w Centralnym Komitecie Doradczym bodaj jako jedyny wytrzymałem od stworzenia tego Komitetu aż do jego likwidacji, a i moja poprzednia praca w Sztabie płk. Ziemskiego (wpierw w obozach wojskowych, a później tworzenie i opieka nad oddziałami wartowniczymi) nie należała do łatwych [dało] zjednoczenia wszystkich polaków było także dużo pracy, a kiedy wreszcie powstał Komitet Organizacyjny sam załatwiałem wszystkie jego sprawy, jako prezes i sekretarz. Wszystkie regulaminy wyszły spod mego pióra, bo tak się jakoś złożyło. Wybaczcie, że się tak rozpisałem o sobie, ale 8-letnia praca od 1945-1953, wyczerpująca i bez urlopu i należytego wypoczynku i odżywieniu, w dodatku po dość burzliwych przejściach wojennych, mogą się przyczynić do poderwania mego stanu zdrowia i dlatego wybaczcie, że nie podpiszę tym razem zgody na przyjęcie funkcji. O ile się rozpisałem o sobie, to nie dlatego, by wychwalać się, ale znaleźć w Was wyrozumienie mego położenia. Napewno popełniłem cały szereg błędów, tak jak każdy je popełnia, ale wiem, że całe serce moje wkładałem zawsze w pracę, której się podejmowałem, czy to była praca w Sztabie płk. Ziemskiego, czy SPK. O ile popełniłem błędy, to wybaczcie mi je, ale proszę Was z całego serca i w imię dobra sprawy uchodźców polskich w Niemczech, byście Wy sobie wybaczyli. Wszakże modlimy się „I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. To wzajemne wybaczenie sobie win z całą pewnością wyjdzie Wam i całemu uchodźstwu polskiemu na korzyść. Wyłączcie wszystkie spory polityczne, bo ZPU jest dla wszystkich polaków dobrej woli. ZPU nie może być platformą do wygrywania jakichkolwiek spraw politycznych.

Pomawiano i mnie niejednokrotnie, zresztą bardzo słusznie o faworyzowanie takiej czy innej grupy politycznej. I gdyby wierzyć szerzącym te wieści, to rzekomo ci z prawej twierdzili, że popieram sanację, ci z sanacji, że popieram prawicę i tak w kółko. Rzeczywiście było jednak tak, że popierałem w miarę moich sił słuszne sprawy wszystkich polaków bez względu na ich poglądy partyjno-polityczne.

Pamiętam, Kolego prezesie Mikiciuk, jak godziłem Was i Hemmerlinga z Kol. Zgaińskim i Knothe. Trudna to była sprawa, ale złożona przez Was wszystkich ofiara przyniosła wielkie korzyści społeczeństwu polskiemu i przynosić je nadal będzie, o ile odbudowujecie zgodę i ją utrzymacie. Oczy wszystkich polaków z całego świata zwrócone są na Was i uważnie obserwują oni Wasze pociągnięcia, a od tych pociągnięć zależeć będzie w dużej mierze poparcie Waszych dążeń. Wyłączcie sprawy natury politycznej a reszta sama się ułoży. Proszę Was o to serdecznie. Błagam Was kochani Koledzy nie pozwólcie rozbić ZPU, które z tak wielkim trudem zostało utworzone. Służyć i ja będę jemu nadal w miarę moich sił i możliwości.

Wierzę, że Koledzy potrafią znaleźć drogę do zupełnej zgody, że przejdą nad codziennymi sprawami do porządku dziennego, że ograniczą się do i tak szerokich spraw statutowych i służyć będą nadal uchodźstwu polskiemu w Niemczech w całej pełni bez oglądania się na zatargi polityczne.

Życzę Wam, drodzy Koledzy, pozytywnych obrad. Przesyłam Wam najbardziej serdeczne pozdrowienia

Oddany Wam

Janusz Zawalicz-Mowiński

P.S. List ten jest odpowiedzią, pisaną pośpiesznie i w niesprzyjających warunkach, na list Zarządu Głównego z 22.10.1954. Jest on skierowany do wszystkich kolegów tworzących dotychczas Zarząd Główny i Radę ZPU. Nie może on zastąpić osobistej rozmowy, ale przyjmijcie go jako głos życzliwego z całego serca członka ZPU, który organizację tą współtworzył i pokochał. Raz jeszcze Szczęść Wam Boże w waszej trudnej pracy oraz dużo zdrowia i siły.

życzy

Janusz Zawalicz-Mowiński

[dopisek] Likwidacja obozów, podróż do Ludwigsburga wysłałem oddzielnym listem.

[Podpisano] Z.

 

* w tamtym czasie Bolesław Zawalicz-Mowiński był majorem. Formalnie awans na podpułkownika otrzymał w 1964 r. 

 

Przy tworzeniu tego wpisu korzystałem:

  • ze zbiorów własnych
  • z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej
  • Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. W. Sikorskiego w Londynie

© by łukasz wolak

Ostatni list…
Tagged on:                             

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: